Mam szefa. Wredną kanalie, która tylko czeka na moje potknięcie. Takim potknieciem dzis mogłoby być moje spóźnienie. Na szczęście moje 10 minut nic nie dało, ponieważ go nie było. Zamiast tego czekała na mnie trójka ludzi, którzy najwyraźniej byli umówieni.
- Tak? - zapytałam pochodząc do nich.
Kiedy stanęłam przed nimi wstali. Niska dziewczyna o nienaturalnie rudych włosach uśmiechnęła się do mnie. Towarzyszyło jej dwóch chłopaków.
- Jesteśmy umówieni...- zaczeła ruda w momęcie, w którym rozdzwonił się mój telefon. Pokazałam jej gestem, aby za czekała i odebrałam.
- Tak?
- Czekać na mnie powinna trójka młodych ludzi. Spóźnie się trochę, przez te cholerne korki. Zaprowadź ich do mojej jego gabinetu i ugość. Oprócz tego New York Times na biurko, przygotuj te umowy, co wczoraj wysłali nam z Los Angeles, zrób trzy kopie i wydrukuj te formularze. Do tego kawa. Reszta instrukcji jak będę.
- Dobrze - rzuciłam, ale on sie już rozłączył. Dorzuciłam tylko: - Abyś zdechł - i wróciłam do gości.
Zaprosiłam ich za sobą i wskazałam fotele, by usiedli. Sama poszłam prosto do małego pokoiku, gdzie trzymamy ekspres do kawy. Nastawiłam go na mocną siekiere, jaką moj szefuncio uwielbia, wzięłam ze swojego biurka nowiutenkiego Times' a i wróciłam do gabintu.
- Szef powinien tu zaraz być. Wiecie... poranne korki. Ja ide tylko przyszykować umowę... posiedzicie sami? - zapytalam dla pewności, gdy byłam już przy drzwiach.
Doszłam do wniosku, że będę ich traktować na luzie. Nie byli wiele starsi ode mnie, więc to będzie dziwne, kiedy będę sie do nich zwracać, jak do... starychów?
- Nie, skąd - odpowiedział jeden z facetów. Dość dokładnie ten wyższy, który zdawał mi sie dziwnie znajomy. Posłałam mu uśmiech i wyszłam. Wolałabym nie zagłębać sie w ten temat.
Usiadłam przy biurku i poszzukałam umowy przesłanej nam wczoraj przez oddział w LA. Obejmowała ona kwestie promocyjne. Najwyraźniej ci ludzie w gabinecie chcieli nawiązać z nami współpracę. Może są muzykami.
Kiedy wszystko było gotowe odetchnełam z ulgą i biorąc trzy długopisy, wkroczyła do biura szefa.
Oni niezmiennie siedzieli na fotelach śmiejąc się i żartując. Najwyraźniej nie za bardo przejeli się spóźnieniem. Nawet to mnie cieszyło. Gdyby było inaczej to na mnie wyrzywałby sie do końca dnia. Chyba im podziękuje. Potem.
Nadszedł do mnie sms od Amandy z dołu:
Stary już jest. Wsiadł do windy.
- Szef już jest. Zaraz wjedzie na górę - powiedziałam z uśmiechem idąc w stronę srebrnych, mechanicznych drzwi.
I właśnie wtedy przybył. Na dzień dobry zaczął wydzielać mi zadania na dziś, nawet nie mrugniewszy okiem. Jak jakiś robot. Ekhm... ta.
Na końcu zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Wzruszyłam ramionami i zajęłam sie swoją pracą.
Tak naprawdę, to gdyby nie szef to kochałabym te robotę. Super ludzie, nie trudne obowiązki, płacą nie mało, a do tego można nabrać doświadczenia. Ta kanalia to tylko taki bonusik, który nieco zawadza. Reszta jest taka, jak powinna.
Byłam tak zarobiona i zamyślona, że nawet nie zarejestrowałam tego, że ktoś usiadł po drugiej stronie mojego biurka. Aż podskoczyłam, gdy usłyszałam dźwięk przesuwającego się krzesła. Podniosłam gwałtownie głowę do góry i zobaczyłam tego kolesia, który wydaje się mi być tak znajomy. Siedział i przeglądał się mi.
- Sorry, że cię przestraszyłem - powiedział z lekkim uśmiechem. Odpowiedziałam tym samym i dyskretnie go zaczęłam lustrować. Był naprawdę wysoki, nie mogę stwierdzić ile miał lat, ale musiał być po dwudziestce. Jedyne co mi się rzuciło w oczy to ciemno brązowe, krótkie loczki. Wydawał się być sympatyczny, nawet bardzo.
- Czemu nie jesteś tam? - Wskazałam długopisem duże drewniane drzwi.
- Twój szef jest...
- Ta wiem. Przyszpilił cię? - zapytałam ze śmiechem.
On jest pierwszym klientem, który wyszedł ze spotkania. Zawsze wszyscy mu liza dupe, jakby był królem.
- Nie, raczej wkurzył. Jak z nim wytrzymujesz? To kretyn. Nadenty.
Wybuchnełam śmiechem uświadamiając sobie, że trafił w sedno. Mój szef jest nadenty!
- Nie mam wyjścia, pozatym lubię te prace - wyznałam z westchnieniem. - On czasem potrafi być człowiekiem.
Tym razem to on się zaśmiał.
- ,,Potrafi" powiadasz? Jestem tu godzinę, a tego nie doświadczyłem.
- To się zdarza bardzo rzadko - uściśliłam.
Chłopak pokręcił głową ze zrozumieniem i udawanym żalem.
- Tak w ogóle to jestem Adrianna. Wszyscy tutaj mówią na mnie Andy - postanowiłam się przedstawić.
- Tak w ogóle to jestem Taylor - odparł. Spojrzałam na niego marszcząc brwoi i zastanawiając się czy może poznałam gdzies jakiegoś Taylora i stad on mi tak bardzo kogos przypomina. On jednak zauważył, że się mu przeglądam, bo uniósł ręce. - Nie. Nie Taylor Swift.
Zaśmiałam się mierząc go wzrokiem.
- Napewno? - zapytałam z wątpliwością.
Uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Tak, ale pochodzę z okolicy Nashville. Wiesz... sąsiadka.
- Naprawdę? - zapytałam z zaciekawieniem.
- No okej, nie sąsiadka - rzucił drapiąc się ze smutną miną po głowie. - Ale Franklin jest niedaleko Nashville.
- O Boże - Zaśmiałam się i spojrzałam na niego zaciekawiona. - Czyli Tennessee? Pierwszym stanem, który zobaczyłam po przyjeździe do USA, oprócz Massachusetts, było Tennessee.
Taylor zmarszczył brwi.
- Moja mama kocha country - odparła wyjaśniająco.
- Ty też?
- Co?! Nie! Ja nie. Nawet nie lubie. Strasznie mnie drażni. A wy... gracie country?
- Nie. My gramy rock alternatywny... głównie.
Pokiwałam głową zastanawiając sie, czy może nie jest członkiem jednego z moich ulubionych zespołów i stąd go znam. Ale nie. Jednak nie.
Ale ta myśl nie dawała mi spokoju. Skąd ja kojarzę tego kolesia. Raczej nie jest gwałcicielem, który czaji się nocami przy moim oknie, także nie mam czego sie bać, a jednak...
Znaczy nie boje się. Bardziej czuje niepokój.
- Ja lubie rocka. W jakim zespole grasz? - zapytałam, żeby już nie myśleć o nim...
No, ale chyba jednak nie wyszło, w końcu zapytałam o niego, ale to nie to samo... chyba.
- Paramore.
Paramore. Paramore, Paramore, Paramore, Paramore... nazwa mi coś mówi. Napewno ich słyszałam i to nie raz. Moze właśnie stąd go znam. Mniejsza z tym
- Kojarzę! - I nagle cos zaświtało w głowie. Artykuł z Rolling Stones Magazine. - Braliście udział w Warped Vans Tour, bodajże w 2007 roku? - zapytałam.
Taylor uśmiechnęł sie i pokiwał głową.
- Ta, wtedy nie byłem jeszcze do końca w zespole, ale owszem. Wcześniej też braliśmy w niej udział.
- Wybacz, ale kojarzę tylko 2007. Czytałam o was. Mieliście strasznie dobrą recenzje w Rollin Stone Magazine. Nie byłam niestety w tamtym roku na Warped... - dodalam smutno.
Taylor mruknął coś i spojrzał na zegarek.
- Chyba musze tam wrócić - stwierdził zerkając w stronę gabinetu. - Choć wole gadać z tobą, to muszę wziąść obowiązki zespołowe na klate.
Zaśmiałam się kiedy wstał z krzesła i ruszył do drzwi. Zanim wszedł do środka jeszcze do mnie mruknął.
Ja postanowiłam wrócić do pracy. Skończyłam mejla dla wydziału dwa piętra wyżej i dokumenty dla szefa, na dzisiejsze spotkanie w porze lunchu. Następnie wykonałam telefony do dwuch oddziałów na zachodzie kraju. Wyrobiłam się na 11. Reszte miałam załatwić, zgodnie z poleceniem szefa, po lunchu. A lunch o 12:30.
Nie majac co ze sobą konkretnie zrobic, zaczęłam układać dokumenty.
Członkowie Paramore nadal siedzieli w gabinecie, a ja zaczęłam sie zastanawiać czy szef wyrobi się na spotkanie o 13.
Zamiast siedzieć i nic nie robić postanowiłam pójść do Amandy. To byla jedyna dziewczyna w zbliżonym wieku do mojego. Pracowała na recepcji.
Zjechałam windą na parter i wcisnełam się za recepcje.
- Co jest? - zapytała uśmiechając się i przeglądając kartki na blacie.
- Nic. Wyrobiłam się i teraz nie mam co robić. Szef siedzi z Paramore już kilka godzin. Oni sa aż tak dla firmy ważni? - zapytałam z czystej ciekawości.
- MY robimy im promocje ich nowej płyty, trasy, singli i tak dalej. Fueled by Ramen do nas kilka dni temu zadzwonili. Az na sam szczyt. Ta trasa ma być najlepszą w ich karierze, a ktoś im powiedział, że jeśli chodzi o promowanie to jesteśmy najlepsi.
- Czyli czysta komercja? - zapytałam marszcząc brwi
- Nie roumiesz mnie - odparła Amanda ze śmiechem. - Nie komercja. Nie chodzi im o reklame zespołu i tak dalej. Chodzi o plakaty, widea promujace trase i płytę. Te rzeczy. To ma być wielkie, żeby ich fani wiedzieli od razu, jak ta trasa będzie wyglądała.
Pokiwałam głową.
- Czyli to dla nas ważne?
- No... i nie chodzi o kase. Wiesz jak Fueled by Ramen sie powodzi. Dużo nie zapłacą. Napewno nie tylko co Gaga w zeszłym roku. Chodzi o to, że jeśli to nam wyjdzie, to udowodnimy, że nasza firma jest najlepsza w branży.
Odparłam tylko na to śmiechem. Czyli dlatego szef tak się stara. Przecież tego można było się domyślić. Co jest ważniejsze od kasy? Stosunek innych ludzi do ciebie. To samo jest w tych wielkich firmach.
- A jak z twoim chłopakiem? - zapytałam, zmieniając temat na mniej zawodowy.
Wróciłam do biura o 12. Szefa juz nie było, więc sie domyślam, ze jest już na spotkaniu. Dziwne, że nie zauważyłam, ze wychodzi. Zbyt dobrze mi sie gadało z Amy.
Na biurku znalazłam karteczke. Bylam przekonana, że to polecenia dla mnie, na popoludnie, jednak nie. Na kartce bylo tylko dziewięć syfr i podpis: Zadzwon kiedyś. Fajnie się gadało. Tayor.
Zarumieniłam sie i schowałam kartke do kieszeni, myśląc o tym, że chyba zadzwonie.
___________________________
Lady and gentleman, this is part I.
No tak... z opoznieniem bo tak xD ale jest. Krótki. Wybaczcie.
Tak sobie mysle i mysle i stwierdzam, ze kolejny dopiero za 2 tygodnie.
Ten jest krótki i... nudny... i zle napisany.
Czytajac go mam wrażenie, że nie ja to pisałam. To nie mój styl. W ogóle nie mój. Okej, do nastepnego! :*